Nieużywany mięsień zanika

Tagi

, , , , ,

Ach, cóż to był za weekend.

Niestety, Noc Muzeów ominęła mnie prawie całkiem. Do Wrocławia wróciłam późno i udało mi się zajrzeć jedynie do Centrum Kultury Muzułmańskiej. Chęci do dalszego zwiedzania były, a i owszem – zabrakło jednak sił i miejsc parkingowych w centrum.

Mimo wszystko nie żałuję (choć plany były wielkie, a lista muzeów rozpisana, opisana numerkami, gwiazdkami i wykrzyknikami), bo sobota minęła mi na oddychaniu świeżym powietrzem, przytulaniu malutkich kaczuszek i pstrykaniu. Postanowiliśmy odpocząć i wybraliśmy się do Piotrkowic niedaleko Trzebnicy. Hasaliśmy więc po łąkach, odwiedziliśmy pałac i ‚trupiarnię’ – stare mauzoleum, jednym słowem – naładowaliśmy akumulatory. Po raz pierwszy od kilku miesięcy miałam w rękach aparat, i efekty są… cóż, makabryczne. Wypadłam z wprawy, a może nigdy jej nie miałam, wystarczy powiedzieć, że nie zadowoliło mnie ani jedno z dwustu zrobionych zdjęć. Na taki stan rzeczy nie mogę pozwolić, dlatego biorę się ostro za treningi fotograficzne, których efekty już niebawem będziecie mogli tu oglądać.

A póki co – kilka makabr prosto z dolnośląskich łąk (wystarczy kliknąć na miniaturę):

Reklamy

Książkowe Inspiracje – „Pan Ibrahim i kwiaty Koranu”

Tagi

, , ,

 

Książki dzielą się na złe, dobre i wybitne. Jak rozpoznajecie te ostatnie? Według mojego prywatnego słownika lektura wybitna musi niepokoić. Musi zasiać w czytającym jakieś ziarenko wątpliwości, magicznym impulsem dostać się do istoty człowieka i nieodwracalnie go zmienić. Albo zainspirować do zmian. Jestem przekonana, że każdy Prawdziwy Mól Książkowy ma na półce (choćby tej myślowej) przynajmniej jedną taką pozycję. W kilku postach chciałabym Wam opowiedzieć właśnie o takich książkach, które dotknęły i zmieniły mnie.

Należy do nich „Pan Ibrahim i kwiaty Koranu” Erica Emmanuela-Schmitta. To opowieść o relacji dojrzewającego Mojżesza – Momo –  z panem Ibrahimem, starym sklepikarzem. Osamotniony, zgorzkniały mimo tak młodego wieku Momo, pochodzący z żydowskiej rodziny, znajduje w muzułmaninie nie tylko przyjaciela, ale też przewodnika i mentora. A lekcje, które daje mu Ibrahim, i nam – czytelnikom – zapadają w pamięć. 

Pan Ibrahim nauczył mnie uśmiechu. True story. Choć nie zostałam nagle wyznawczynią ‚hurra-optymizmu’, moje defetystyczne spojrzenie na świat gdzieś przepadło, zastąpione przez swego rodzaju pogodę ducha. Pewnie, że trochę tego pesymizmu zostało – cudów nie ma. Ale, na boga!, zaczęłam uśmiechać się do obcych ludzi na ulicy! (Więc może to jednak cud?).

Co ważniejsze – zrozumiałam, że moje życie jest MOJE. Że podejmując najbłahszą nawet decyzję, robię krok w określonym kierunku. Że to ja ponoszę odpowiedzialność za swoje wybory. I choć niektórym wyda się to stekiem truizmów – zadziwiające, jak niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z tych prostych prawd. Często płyniemy z prądem i nie zastanawiamy się, jak wiele możemy ze swoim życiem zrobić. (Co za żenada. Powinnam podpisać się tu imieniem Paulo. Z całego serca przepraszam za ten coelhowski wydźwięk powyższego akapitu).

A przede wszystkim – już sama, bodnięta tylko „Panem Ibrahimem (…)” – nauczyłam się słuchać i SŁYSZEĆ.

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –

Jakie książki tak silnie wpłynęły na Was? Czekam niecierpliwie na komentarze, jednocześnie zapowiadając konkurs, który zwieńczy serię moich (mam nadzieję, że również Waszych) wynurzeń o książkowych inspiracjach.

Zapraszam więc ponownie i życzę wszystkim miłego dnia!

 

Zmarli, nieumarli i żywi, czyli „Nekroskop” Briana Lumleya

Tagi

, , , , , , ,

Kocham wampiry. Te prawdziwe. Żadne tam błyszczące przystojniaki w super autach, które przy okazji niewinnie popijają krew zwierzątek, nic z tych rzeczy. Fascynują mnie krwiopijcy z rumuńskim paszportem, złe, przerażające istoty, żyjące od wieków. Chętnie sięgnęłam więc po osławiony już „Nekroskop” Briana Lumleya, niewolna jednak od obaw. Nie lubię bowiem, kiedy coś mi się narzuca (a kto lubi?), a miałam poczucie, że zabieram się za tzw. kochankę – książkę, której nie wypada nie pokochać.

Tytułowego bohatera poznajemy w nietypowy sposób, bo i sam jest postacią nietuzinkową. Uzbrojony w talent do rozmawiania ze zmarłymi Harry Koegh zjawia się w siedzibie brytyjskiego paranormalnego wywiadu, by opowiedzieć swoją historię. ‚Zjawia się’ to dobre określenie – Harry nie ma bowiem materialnej postaci. Mówi o swoim dzieciństwie, o wyjątkowych umiejętnościach odziedziczonych po matce, ale nie tylko. Dzięki jego opowieści poznajemy także Borysa Dragosaniego, zatrudnionego z kolei w radzieckich służbach specjalnych. Dragosani jest Wołochem, nekromantą, odczytującym sekrety zmarłych z ich wnętrzności, a przy tym typem raczej psychopatycznym. Obsesyjnie pragnie zdobyć dostęp do wielowiekowej wiedzy wampirów, i szuka jej u źródła…

Wiecie co? Amor tym razem nie trafił. Owszem, ten pierwszy tom „Nekroskopu” podobał mi się, choć stosunkowo niewiele o wampirach w nim wyczytałam. Niestety, dostrzegłam zbyt wiele wad, by zapałać gorętszym uczuciem. Przede wszystkim – Lumley stworzył, w moim odczuciu, narracyjny horror. Jeszcze nie zdążymy dobrze wgryź się w jeden wątek, a tu pach! i nagle przeskakujemy do następnego. Chaos jak na dawnym Stadionie Dziesięciolecia, i takież szaleńcze tempo akcji. Wszystko potoczyło się zdecydowanie za szybko. Znowu pach! tym razem książka się skończyła; dodatkowe 100 stron z pewnością „Nekroskopowi” by nie zaszkodziło. Żałuję też, że wszystkie postaci są tak jasno określone, nie stanowią żadnej zagadki. Od razu doskonale wiemy, kto jest dobry, a kto zły, co odbiera nieco przyjemność z czytania.

Podziwiam jednak fantazję autora – stworzył bowiem niesamowicie barwny, niespotykany dotąd (a przynajmniej niespotkany przeze mnie :)) świat, w którym trudno cokolwiek przewidzieć. Rzetelnie i nieodtwórczo zabrał się również do tematu wampirów; te lumleyowskie zdecydowanie różnią się istotą od wszystkich, z którymi do tej pory miałam do czynienia – czy to w literaturze, czy w filmie.

Koniec końców „Nekroskop” oceniam pozytywnie. To wciągająca, zachwycająca oryginalnością lektura, którą czyta się nieźle nawet mimo niedociągnięć. Fani ‚prawdziwych’ wampirów powinni być zadowoleni, może nawet zachwyceni. Mnie nie poraziło. Biję się w piersi, przepraszam wyznawców, bo mimo że nie jest najgorzej – szału nie ma.

„Nekroskop” oceniam na 6-/10.

W drodze po marzenia

Tagi

Czołem!

Dawno tu nie zaglądałam. Pochłonięta nową pracą, a potem jeszcze nowszą pracą, nie miałam czasu na czytanie, o pisaniu nie wspominając. Ale wracam – dla własnego świętego spokoju – uzbrojona w świeżutki e-czytnik, pokaźny stosik i w mnóstwo zapału. Przyznam – nie do końca wierzę w ten blog. Wierzę natomiast w swoje pasje, i dlatego nigdy się nie poddam, choć mogłoby się wydawać, że odpuściłam już dawno. Nie-e.

Z nową energią zabieram się za książki, fotografię, pisanie. Życzę sobie, by Moc była ze mną i chroniła mnie przed lenistwem;) Zapraszam Was więc już niedługo na świeżynki, tymczasem śmigam do „Nekroskopu” –  pora sprawdzić, z czym to się je; dobrej nocy!

Relacja z uczty melomana

Tagi

, , , , , , , , ,

Ach, co to był za koncert… Tak, to wczoraj nadeszła ta wiekopomna chwila – Czesław Śpiewa(ł) w Synagodze. Widziałam już niejeden jego koncert, niejedno piwo z nim wypiłam, więc nie spodziewałam się tych ogromnych emocji, które przez cały występ mi towarzyszyły.

Przede wszystkim było to wspaniałe widowisko – odbył się prawdziwy festiwal świateł, i bardzo żałowałam, że nie wzięłam aparatu. Kolory zmieniały się w zależności od nastroju i tempa muzyki, a dodam, że w takim miejscu efekt był nader spektakularny. 

Pełna podziwu byłam też, jak zwykle zresztą, dla muzyków. Wszyscy grali na co najmniej jednym instrumencie, co więcej – swobodnie się nimi w czasie koncertu wymieniali, i jeszcze chórki robili. Ja ani grać, ani śpiewać nie potrafię, więc wyobraźcie sobie moją zazdrość…;)

Czesław tymczasem robił szoł bardzo w swoim stylu, jakże dobrze ja to znam. Między piosenkami zabawiał publiczność niemalże kabaretowymi numerami, za to śpiewał tak energetycznie i emocjonalnie, że na wielu twarzach widziałam łzy. (A dodam, że twarze te miały i 12, i 20, i 50 lat, bo taki był przekrój wiekowy publiczności). Na swojej twarzy natomiast łez nie widziałam – z powodów oczywistych – ale czułam, że przez półtorej godziny ciekną mi ciurkiem, i co dziwne – nawet się tego nie wstydzę.

Śpiewane było wszystko: Miłosz, Debiut, Pop i – co ucieszyło mnie chyba najbardziej – stare numery mojego najukochańszego Tesco Value, tak więc każdy fan Czesława znalazł coś dla siebie. A po koncercie Czesia można było spotkać w pobliskiej Mleczarni, i sporo żeńskiej części publiczności się napatoczyło:)

Jeśli więc lubicie choć trochę jego muzykę, a może i jego samego, bardzo bardzo bardzo gorąco polecam Wam Czesława koncerty, dla mnie to są niesamowite emocje, niepowtarzalne. Polecam również wizytę w samej Synagodze Pod Białym Bocianem – to miejsce było jeszcze kilka lat temu ruiną, dziś jest wyjątkowo piękne, i na pewno godne zobaczenia.

A jakie koncerty Wy wspominacie najlepiej?

Kobieta, której nie chcecie poznać – „Kochanka Brechta” Ametta

Tagi

, , , , ,

Myślałam, że to niemożliwe, a jednak – znalazła się książka, w której nie podoba mi się absolutnie NIC. Z Kochanką Brechta Jacques-Pierre’a Amette walczyłam ponad miesiąc, a była to walka zacięta – bóg jeden wie, ile samozaparcia wymagało ode mnie przeczytanie choćby kilkunastu stron naraz. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że jest to książka wyróżniona prestiżową Nagrodą Goncourtów… Ale od początku.

Nie powiem, zapowiadało się nieźle – powojenny Berlin, wybitny dramaturg i donosząca na niego kochanka. Liczyłam więc na spotkanie z intelektualną elitą ówczesnych Niemiec, z genialnym artystą i jego fascynującą kobietą. Chciałam dowiedzieć się, kim jest ta femme fatale, dlaczego robi to, co robi, co myśli, co czuje. Niestety, padłam ofiarą własnych oczekiwań i niewymownie się zawiodłam.

O Marii bowiem dowiedziałam się niewiele. Była aktorką, niegdyś związaną z nazistą, w Berlinie Zachodnim miała córkę, w romans z Brechtem wdała się na życzenie Stasi. Przy okazji zakochała się w jednym z oficerów, ot i cała historia. Nie mam pojęcia, dlaczego właściwie szpiegowała dramaturga, jak się z tym czuła ani czym było dla niej życie z pisarzem. Sam Brecht natomiast to w powieści Ametta podstarzały erotoman, narcyz i cham, będący przy tym jedynym odbiorcą swoich paranoidalnych idei.

Wokół związku tych dwojga powierzchownie zarysowanych bohaterów toczy się akcja książki. Choć ‚toczy’ to może niezbyt fortunne słowo – ona kuleje, ciągnie się, leniwie robi pół kroku by na wiele stron stanąć w miejscu. Mówiąc w skrócie – nudy na pudy. Mimo, że sam zamysł uważam za niezły, autor nie wykorzystał tkwiącego w nim potencjału i poprowadził fabułę prosto do trumny.

Generalnie ta niby elegancka proza wydała mi się raczej przeintelektualizowanym peanem autora na cześć autora. Nie wiem, na czym to polega, ale wyczuwałam narcyzm między wierszami; czułam, że mam myśleć „O mój boże, cóż za mądry, błyskotliwy i oczytany człowiek napisał tę książkę”. Niestety, w mojej głowie powstał obraz zgoła odwrotny – obraz zakompleksionego facecika, który chce dowieść całemu światu o swej wartości. Mam poczucie, że nie powinnam tak pisać, bo to niemiło, ale cóż poradzę. Mogę tylko zacisnąć zęby i prosić, żebyście trzymali się od tej książki z daleka.

NieSztampowo

Tagi

, , , , , , , ,

Miała być recenzja, ale złośliwie odmówiła samodzielnego napisania się, więc jeszcze daję jej czas do namysłu. Miało być o spektaklu, i tu jestem w kropce, bo nie do końca wiem, co napisać.

Więc krótko i na temat – teatr Sztampa to studenci Politechniki Wrocławskiej, którzy tym razem wzięli na warsztat opowiadania Kundery i skompilowali je w fantastyczne przedstawienie. Zagrali fenomenalnie, stworzyli przekonującą scenografię i charakteryzację, doskonale dobrali muzykę. W piątkowy wieczór wypełnili salę młodymi ludźmi, a bilety przed spektaklem można było dostać tylko z boską interwencją.

Jednym słowem jestem po prostu zachwycona poziomem tego ‚amatorskiego’ teatru. „POZOR! SMĚŠNE LASKÝ! Czyli Figlarne Miłości Kundery” Sztampa stworzyła sama od początku do końca, inspirując się jedynie czeskim autorem. I tym sposobem w dyżurce lekarskiej poznajemy podstarzałego Ordynatora, dwójkę lekarzy-podrywaczy, wulgarną i wyuzdaną pielęgniarkę oraz nonszalanckiego praktykanta. Dyżurują, piją wino i snują refleksje o miłości, seksie, naturze ludzkiej… Refleksje słodko-gorzkie, podane w lekki i zabawny sposób, a mimo wszystko poważne.

Na „Pozorze! (…)” ubawiłam się przednio, ale wyszłam też z pewnym, hmm, egzystencjonalnym niepokojem. Jako niespełniona aktorka byłam również pełna podziwu i zazdrości, przede wszystkim dla odtwórców ról Ordynatora i lekarki Ewy, jestem pewna, że o Martynie i Mateuszu jeszcze usłyszymy. I bardzo żałuję, że sezon się kończy, bo nie chciałabym teraz urywać swojej przygody ze Sztampą – bardzo dobrze zapowiadającej się przygody. Przyznam, że w moich oczach to już teraz spora konkurencja dla „profesjonalnych” teatrów, nie tylko cenowa, ale przede wszystkim jakościowa.

Czy w Waszych miastach też funkcjonują takie studenckie/amatorskie teatry? Mieliście z nimi do czynienia? 

Pozdrawiam serdecznie,

Karolina.

Zmiany, zmiany

Tagi

, , , , , , ,

Witajcie!

Jak widzicie, dokonały się kolejne zmiany w szacie graficznej Nigdziebądź – mam nadzieję, że ostatnie. Niestety, jeszcze nie całkiem ogarnęłam blogosferę i nie do końca się w niej odnajduję, więc kto wie, co tu się jeszcze wydarzy.

Tymczasem wydarza się wiele. Moje poszukiwania godnego zatrudnienia trwają w najlepsze, telefon nagle się urywa, a ofert jest tyle, że mogę sobie pozwolić nawet na komfort odrzucania niekorzystnych propozycji. W związku z tym w domu bywam coraz rzadziej, coraz mniej mam czasu na czytanie, ale obiecuję (głównie sobie) – bloga nie opuszczę;) Powiem więcej – w najbliższym czasie pojawią się na nim nowości kulturalne. A to dlatego, że moi bliscy postanowili wyciągnąć mnie do ludzi i tym sposobem dziś wybieram się na kunderowski spektakl „Pozor! Smesne Lasky!”, o którym z pewnością będziecie mogli tu przeczytać. Z kolei w najbliższą środę czeka mnie uczta muzyczna – w cudownej Synagodze pod Białym Bocianem z tekstami Miłosza wystąpi Czesław Mozil, a więc dawny przyjaciel (dodam jedynie, że marnotrawny). Mój Luby zaskoczył mnie niezmiernie, wręczając mi wczoraj bilet, i już nie mogę się doczekać! Zwłaszcza, że Synagoga to jedno z moich ulubionych miejsc, absolutnie magicznych, a do Czesława od lat mam ogromną słabość – zarówno osobistą, jak i, hmm, muzyczną.

Oczekujcie więc relacji z tych wydarzeń, natomiast ja biorę się za szybką recenzję książkową, coby nieco to miejsce ożywić:) A lektury, które wpisałam na swoją listę „Must-read” znajdziecie w nowej zakładce na górze strony – chętnie przyjmę wszelkie sugestie co do nowych pozycji;)

Trzymajcie się ciepło i do przeczytania,

Karolina.

Czego nie wiesz o musze plujce – „Chemia śmierci” S. Beckett

Tagi

, , , , , , , , , , , , ,

Na drugie imię powinnam mieć Sensacja. Uwielbiam czytać o zagadkowych morderstwach i spiskach, uwielbiam tajemnice, nagłe zwroty akcji. A kiedy śledztwo splata się z nauką – jestem w czytelniczym raju. Windą do nieba zawsze niosła mnie Katy Reichs, wybitna pisarka i antropolog sądowy, autorka serii „Kości” (tak, serial o tym samym tytule to żaden zbieg okoliczności). Miałam nadzieję znaleźć jej godnego następcę, niestety – rozczarowałam się.

O Simonie Beckett’cie wcześniej nie słyszałam, co specjalnie nie powinno nikogo dziwić. Jego wydana w 2006 roku „Chemia Śmierci” wpadła mi w ręce przypadkiem, i wciągnęła mnie okrutnie. Książka opowiada o Davidzie Hunterze, antropologu sądowym, który ucieka przed przeszłością do sennego Manham. Zatrudnia się tu jako lekarz i prowadzi spokojne, niemal letargiczne życie, gdy nagle w miasteczku zaczyna się źle dziać. Zostaje popełnione okrutne morderstwo, a David – chcąc nie chcąc – zostaje zaangażowany w jego rozwikłanie.

Ciało ludzkie zaczyna się rozkładać cztery minuty po śmierci. Coś, co było kiedyś siedliskiem życia,
przechodzi teraz ostatnią metamorfozę. Zaczyna trawić samo siebie. Komórki rozpuszczają się od środka.
Tkanki zmieniają się w ciecz, potem w gaz. Już martwe, ciało staje się stołem biesiadnym dla innych
organizmów. Najpierw dla bakterii, potem dla owadów. Dla much. Muchy składają jaja, z jaj wylęgają się
larwy. Larwy zjadają bogatą w składniki pokarmowe pożywkę, następnie migrują. Opuszczają ciało w
składnym szyku, w zwartym pochodzie, który podąża zawsze na południe. Czasem na południowy wschód
lub południowy zachód, ale nigdy na północ. Nikt nie wie dlaczego.

„Chemia śmierci” to dobrze poprowadzona intryga, prosty, ale barwny język. Autor sprytnie zwodzi nas, podsuwając coraz to nowsze tropy, by w końcu zaskoczyć rozwiązaniem zagadki. Ciekawie skonstruowani zostali także bohaterowie – mają wzbudzić w nas określone odczucia tylko po to, byśmy potem przecierali oczy ze zdumienia. Interesujące okazuje się też same miasteczko Manham, jego mieszkańcy; podobało mi się ich socjologiczno-psychologiczne ujęcie. Skojarzenia z „Dżumą” Camusa nie są chyba bezzasadne. Sam Hunter natomiast nie jest postacią nazbyt barwną, ale dzięki temu pozwala nam się skupić na historii, którą opowiada. Pojawia się także, oczywiście, wątek miłosny, dodający całości smaczku.

Beckett uczynił swojego zabójcę i jego metody oryginalnymi, co jest dużym plusem. Jednak wbrew temu, czego się spodziewałam, nie poświęcił zbyt wiele miejsca wątkowi antropologii, traktując go nieco po macoszemu. Sprawia on wrażenie jedynie wabika – badania, które przeprowadza David opisane są bardzo pobieżnie i wydaje mi się, że wynika to po prostu z braku wiedzy autora. Osoby, które nigdy się z takimi zagadnieniami nie spotkały powinny być zadowolone, ale ja – stara wyga – jestem rozczarowana.

Niemniej książkę oceniam na plus. Czyta się ją przyjemnie i szybko, bo jest po prostu dobrze napisana. Chętnie sięgnę po inne pozycje tego autora, choć już na pewno bez wielkich nadziei na drugą Temperance Brennan.

„Samotny mężczyzna” – nie tylko o samotności

Tagi

, , , , , , , , ,

Zapewne wielu z Was już ten film widziało. I chyba wszyscy o nim słyszeliście. „Samotnego mężczyznę” (w reż. Toma Forda) z właściwym sobie opóźnieniem obejrzałam dopiero kilka dni temu i od tej pory regularnie uderzam płytą DVD w czoło (wcale nie lekko!), karając się za tę opieszałość.

Samotny mężczyzna” powstał na kanwie powieści Christophera Isherwooda o tym samym tytule – powieści pięknej, okrutnej, emocjonalnie wyczerpującej. To historia Georga Falconera (Colin Firth), akademickiego wykładowcy osiadłego w Los Angeles, prowadzącego spokojne, szczęśliwe życie. Do czasu. Gdy w wypadku samochodowym ginie jego wieloletni partner, wszystko ulega zmianie. Kilka miesięcy później – kiedy poznajemy Georga – jego świat nadal leży w ruinach. Samotny mężczyzna każdego dnia budzi się z poczuciem straty, każdego dnia gubi sens życia, w każdej sekundzie tonie. Nie ma nadziei na zaczerpnięcie tchu. Jednak nie jest łatwo odejść, gdy pewne sprawy pozostają niezamknięte, a życie wciąż ma coś do zaoferowania…

Przyznam, że nie jest mi łatwo pisać o tym filmie; ciągle jeszcze czuję się nieco wstrząśnięta, rozchwiana, otumaniona. „Samotny mężczyzna” wwiercił mi się głęboko w mózg grubym wiertłem. Już w pierwszych sekundach zachwyciły mnie piękne kolory, piękna muzyka Abla Korzeniowskiego, piękne zdjęcia Eduarda Grau, i jak się okazało – zachwyt ten miał trwać do sekund ostatnich. Po prostu techniczny majstersztyk, którego trudno nie docenić. Nie można też nie docenić Colina Firtha, odtwórcy głównej roli, który w sposób tak oszczędny stworzył postać wyrazistą i poruszającą. Potrafimy zasmakować emocji Georga mimo jego werbalnej powściągliwości, potrafimy współczuć mu, jednocześnie jakby współczując sobie, bo przecież stajemy się Georgem. A on staje się nami. Zapomnijcie więc o wszystkich innych aktorach tego świata, bo oto objawił nam się geniusz.

Stylistyka, wysmakowany klimat, bijąca od filmu elegancja to jedno. Doskonała obsada z Firthem na czele i – zepchniętą na drugi plan, ale nadal niezłą – Julianne Moore (w roli przyjaciółki) to drugie. Treść i przekaz to trzecie, czwarte, piąte. „Samotny mężczyzna” naznacza widza strachem, oderwaniem, niepokojem. Widzimy starość przeciwstawianą młodości, teraźniejszość walczącą z przeszłością, i próbujemy się w tym wszystkim odnaleźć, umiejscowić. Próbujemy osadzić się w nagle odrealnionej rzeczywistości. Patrzymy na cukierkowo piękny świat i zadajemy sobie pytanie, czemu to piękno tak bezwzględnie kpi z tragedii, której razem z Georgem doświadczamy.

A poza tym, gdybym miała być mężczyzną, to chciałabym wyglądać dokładnie tak, jak Colin Firth w tym filmie.

Nie mogę nie polecić „Samotnego mężczyzny”, muszę jednak uprzedzić – zostawi Wam w głowie chaos i głośne myśli.

 

„Kilka razy w życiu miałem przebłyski jasności. Gdy na kilka sekund cisza tłumi wszelki hałas, i bardziej czuję, niż wiem. Wszystko jest takie wyraziste. Świat jest świeży. Jakby dopiero co powstał. Te chwile nigdy nie trwają długo. Trzymam się ich kurczowo, ale i tak przemijają”