Tagi

, , , , , , , , ,

Zapewne wielu z Was już ten film widziało. I chyba wszyscy o nim słyszeliście. „Samotnego mężczyznę” (w reż. Toma Forda) z właściwym sobie opóźnieniem obejrzałam dopiero kilka dni temu i od tej pory regularnie uderzam płytą DVD w czoło (wcale nie lekko!), karając się za tę opieszałość.

Samotny mężczyzna” powstał na kanwie powieści Christophera Isherwooda o tym samym tytule – powieści pięknej, okrutnej, emocjonalnie wyczerpującej. To historia Georga Falconera (Colin Firth), akademickiego wykładowcy osiadłego w Los Angeles, prowadzącego spokojne, szczęśliwe życie. Do czasu. Gdy w wypadku samochodowym ginie jego wieloletni partner, wszystko ulega zmianie. Kilka miesięcy później – kiedy poznajemy Georga – jego świat nadal leży w ruinach. Samotny mężczyzna każdego dnia budzi się z poczuciem straty, każdego dnia gubi sens życia, w każdej sekundzie tonie. Nie ma nadziei na zaczerpnięcie tchu. Jednak nie jest łatwo odejść, gdy pewne sprawy pozostają niezamknięte, a życie wciąż ma coś do zaoferowania…

Przyznam, że nie jest mi łatwo pisać o tym filmie; ciągle jeszcze czuję się nieco wstrząśnięta, rozchwiana, otumaniona. „Samotny mężczyzna” wwiercił mi się głęboko w mózg grubym wiertłem. Już w pierwszych sekundach zachwyciły mnie piękne kolory, piękna muzyka Abla Korzeniowskiego, piękne zdjęcia Eduarda Grau, i jak się okazało – zachwyt ten miał trwać do sekund ostatnich. Po prostu techniczny majstersztyk, którego trudno nie docenić. Nie można też nie docenić Colina Firtha, odtwórcy głównej roli, który w sposób tak oszczędny stworzył postać wyrazistą i poruszającą. Potrafimy zasmakować emocji Georga mimo jego werbalnej powściągliwości, potrafimy współczuć mu, jednocześnie jakby współczując sobie, bo przecież stajemy się Georgem. A on staje się nami. Zapomnijcie więc o wszystkich innych aktorach tego świata, bo oto objawił nam się geniusz.

Stylistyka, wysmakowany klimat, bijąca od filmu elegancja to jedno. Doskonała obsada z Firthem na czele i – zepchniętą na drugi plan, ale nadal niezłą – Julianne Moore (w roli przyjaciółki) to drugie. Treść i przekaz to trzecie, czwarte, piąte. „Samotny mężczyzna” naznacza widza strachem, oderwaniem, niepokojem. Widzimy starość przeciwstawianą młodości, teraźniejszość walczącą z przeszłością, i próbujemy się w tym wszystkim odnaleźć, umiejscowić. Próbujemy osadzić się w nagle odrealnionej rzeczywistości. Patrzymy na cukierkowo piękny świat i zadajemy sobie pytanie, czemu to piękno tak bezwzględnie kpi z tragedii, której razem z Georgem doświadczamy.

A poza tym, gdybym miała być mężczyzną, to chciałabym wyglądać dokładnie tak, jak Colin Firth w tym filmie.

Nie mogę nie polecić „Samotnego mężczyzny”, muszę jednak uprzedzić – zostawi Wam w głowie chaos i głośne myśli.

 

„Kilka razy w życiu miałem przebłyski jasności. Gdy na kilka sekund cisza tłumi wszelki hałas, i bardziej czuję, niż wiem. Wszystko jest takie wyraziste. Świat jest świeży. Jakby dopiero co powstał. Te chwile nigdy nie trwają długo. Trzymam się ich kurczowo, ale i tak przemijają”

Advertisements