Tagi

, , , , , , ,

Kocham wampiry. Te prawdziwe. Żadne tam błyszczące przystojniaki w super autach, które przy okazji niewinnie popijają krew zwierzątek, nic z tych rzeczy. Fascynują mnie krwiopijcy z rumuńskim paszportem, złe, przerażające istoty, żyjące od wieków. Chętnie sięgnęłam więc po osławiony już „Nekroskop” Briana Lumleya, niewolna jednak od obaw. Nie lubię bowiem, kiedy coś mi się narzuca (a kto lubi?), a miałam poczucie, że zabieram się za tzw. kochankę – książkę, której nie wypada nie pokochać.

Tytułowego bohatera poznajemy w nietypowy sposób, bo i sam jest postacią nietuzinkową. Uzbrojony w talent do rozmawiania ze zmarłymi Harry Koegh zjawia się w siedzibie brytyjskiego paranormalnego wywiadu, by opowiedzieć swoją historię. ‚Zjawia się’ to dobre określenie – Harry nie ma bowiem materialnej postaci. Mówi o swoim dzieciństwie, o wyjątkowych umiejętnościach odziedziczonych po matce, ale nie tylko. Dzięki jego opowieści poznajemy także Borysa Dragosaniego, zatrudnionego z kolei w radzieckich służbach specjalnych. Dragosani jest Wołochem, nekromantą, odczytującym sekrety zmarłych z ich wnętrzności, a przy tym typem raczej psychopatycznym. Obsesyjnie pragnie zdobyć dostęp do wielowiekowej wiedzy wampirów, i szuka jej u źródła…

Wiecie co? Amor tym razem nie trafił. Owszem, ten pierwszy tom „Nekroskopu” podobał mi się, choć stosunkowo niewiele o wampirach w nim wyczytałam. Niestety, dostrzegłam zbyt wiele wad, by zapałać gorętszym uczuciem. Przede wszystkim – Lumley stworzył, w moim odczuciu, narracyjny horror. Jeszcze nie zdążymy dobrze wgryź się w jeden wątek, a tu pach! i nagle przeskakujemy do następnego. Chaos jak na dawnym Stadionie Dziesięciolecia, i takież szaleńcze tempo akcji. Wszystko potoczyło się zdecydowanie za szybko. Znowu pach! tym razem książka się skończyła; dodatkowe 100 stron z pewnością „Nekroskopowi” by nie zaszkodziło. Żałuję też, że wszystkie postaci są tak jasno określone, nie stanowią żadnej zagadki. Od razu doskonale wiemy, kto jest dobry, a kto zły, co odbiera nieco przyjemność z czytania.

Podziwiam jednak fantazję autora – stworzył bowiem niesamowicie barwny, niespotykany dotąd (a przynajmniej niespotkany przeze mnie :)) świat, w którym trudno cokolwiek przewidzieć. Rzetelnie i nieodtwórczo zabrał się również do tematu wampirów; te lumleyowskie zdecydowanie różnią się istotą od wszystkich, z którymi do tej pory miałam do czynienia – czy to w literaturze, czy w filmie.

Koniec końców „Nekroskop” oceniam pozytywnie. To wciągająca, zachwycająca oryginalnością lektura, którą czyta się nieźle nawet mimo niedociągnięć. Fani ‚prawdziwych’ wampirów powinni być zadowoleni, może nawet zachwyceni. Mnie nie poraziło. Biję się w piersi, przepraszam wyznawców, bo mimo że nie jest najgorzej – szału nie ma.

„Nekroskop” oceniam na 6-/10.

Reklamy